Ostatnia włoska kawa | surowy tekst
TW: śmierć, zabójstwo, siły nadprzyrodzone
Zrugała chłopaka za to, że rozmawiał zbyt głośno przez telefon.
Obrzydliwe.
Igor westchnął i odprowadził wzrokiem starszą kobietę, która burcząc coś pod nosem skręciła w jedną z brukowanych uliczek starego miasta. zień zapowiadał się gorący, poranne słońce przyjemnie grzało w plecy, a przed sobą Igor miał jeszcze ciepłego croissanta, którego ciężki maślany zapach powoli rozgrzewał go od środka. A jednak to jedno zdarzenie nieco zepsuło mu ten idylliczny poranek. Bardzo lubił zjeść na spokojnie na mieście po wykonaniu zlecenia.
Jak widać nie można mieć wszystkiego.
Ugryzł kawałek ciastka i popił maleńkim łykiem espresso. Pod pachą czuł stal – chłodny, ciężki kawałek metalu w specjalnej pochwie, z której można było go wyciągnąć niemal bez zastanowienia. Robił to przecież już tyle razy, doskonale znał to uczucie, kiedy bez żadnego tarcia pistolet wskakiwał mu w dłoń, robił to jeszcze poprzedniego wieczora. W jego pracy dobry sprzęt i – co ważniejsze – zaufanie do sprzętu to podstawa.
– Podać coś jeszcze?
Złociste promienie wydobyły pasemka siwizny z ciemnych włosów kelnera, który swobodnym krokiem podszedł do stolika. Przecież to jeszcze młody chłopak, pomyślał Igor, a już siwieje? Poczuł jednak do niego szacunek za to, że nie starał się tego ukryć.
– Na razie dziękuję – odpowiedział Igor z silnym akcentem, na co tamten uśmiechnął się szeroko. – Nie umiem pić espresso zbyt szybko, a grzech śpieszyć się z takim rogalikiem.
– Szef kupuje ciastka z cukierni tu na rogu, a widzi pan, jaka tam kolejka. Kawę dzisiaj rano robię ja, więc miło mi słyszeć, że smakuje. To nie taka prosta sprawa.
– Wierzę na słowo. Tak czy inaczej pewnie jeszcze chwilę tu posiedzę.
– W razie czego wie pan, gdzie mnie szukać.
Igor przyjrzał mu się jeszcze raz i uśmiechnął półgębkiem. Pewnie był jednym z pierwszych jego klientów tego dnia, więc chłopak miał dla niego i całkiem szczery uśmiech, i chęć na pogawędki. Poranek to najszczersza pora dnia, wszystko jest jeszcze świeże i proste; Igor sam pracował kiedyś w gastro i jeszcze to pamiętał. Za dwie-trzy godziny, po godzinie szczytu i paru problematycznych klientach chłopak pewnie zacznie odliczać czas do końca swojej zmiany.
Skinął mu głową, na co chłopak zebrał pustą filiżankę ze stołu obok i wrócił do środka.
Igor spojrzał na zegarek. Siódma. Za godzinę miał odebrać zapłatę za zlecenie, a o siedemnastej samolot powrotny do Polski. Zdąży jeszcze zobaczyć galerię Uffizi, zawsze chciał ją odwiedzić. A może jednak zobaczy oryginalnego Dawida? Albo odwiedzi grób Machiavellego? Na tę ostatnią myśl aż się wzdrygnął. Oczywiście, że czytał Księcia, z wieloma rzeczami się zgadzał – w końcu rządzenie wymaga podejmowania trudnych decyzji – ale nie tolerował okrucieństwa wspieranego wymówkami. Ironiczne, skoro sam zabijał za pieniądze, ale z tego się utrzymywał. Miał też kilka zasad, które pozwalały mu utrzymać się w ryzach i nie popaść w okrucieństwo czy bycie sędzią, jak inni jego koledzy po fachu. Tak czy inaczej, Machiavelli musiał obejść się bez jego uszanowania.
– No to poszło – powiedział Lorenzo tonem wskazującym, że dokonało się coś ostatecznego.
Igor kiwnął głową. Zimna szklanka wody gazowanej pociła się w coraz cieplejszym poranku. Nie wytarł jednak rąk – przede wszystkim dlatego, że nie było żadnej serwetki, a nie zamierzał zastępować jej nogawką, ale też dlatego, że po prostu przyjemnie czuć było chłód na posiniaczonej dłoni; rany na knykciach obeschły, ale jeszcze były świeże.
– Pełna kwota rozdzielona na wszystkie konta z listy, tak jak się umawialiśmy – dodał Lorenzo.
– Dzięki.
– Więc... – zaczął po chwili milczenia przerywanej nawoływaniem się pierwszych wycieczek pod ich stopami – co teraz?
– Pytasz mnie o moje plany?
– Hm...
– Pewne odpowiedzi mogą być niebezpieczne. Akurat ty powinieneś to wiedzieć lepiej niż inni.
– Igorze, kochany, bez urazy. – Uniósł pulchne dłonie w obronnym geście. – Po prostu chciałem zagaić rozmowę. Niedobrze robić interesy, rozmawiając tylko o interesach.
Igor przyjrzał mu się znad wąskich okularów przeciwsłonecznych. Lorenza nazywano Małym chyba tylko na przekór jego szerokim barkom, mocnemu karkowi i potężnym nogom. Tak, potężny to dobre słowo – dobrze zbudowany, widać, że chodził na siłownię, ale lubił też zjeść. W połączeniu z tym, że patrzył na człowieka zawsze tak jakby był uosobieniem szczerości i wyrozumiałości, dawało to obraz człowieka pozornie nieszkodliwego. Igor wiedział jednak, że niedocenienie Małego mogło być ostatnim błędem w życiu. Nie bez powodu siedzieli pod pergolą na tarasie sami, a Lorenzo wydawał się całkiem rozluźniony. Piętro niżej miał swoich dwóch ochroniarzy, ale pewnie pomagali szefowi tylko w naprawdę trudnych przypadkach. Szczupły i blady Igor w ich oczach na pewno stanowił najniższy poziom zagrożenia.
– Wybacz. Jestem po prostu zmęczony – powiedział po krótkiej chwili. – Trudno pracuje się latem, ciało nie jest tak sprawne jak wiosną czy jesienią. Lorenzo pokiwał głową ze zrozumieniem, jakby dobrze znał blaski i cienie bycia zabójcą.
– Na razie robię sobie przerwę. Wracam do kraju – dodał Igor.
– Pewnie jak zwykle nie przyjmiesz ode mnie zaproszenia? Akurat mam wolny pokój gościnny. Chłodno, żelazne kurtyny, jakbyś potrzebował stojaka na broń, toaletki do kamuflażu czy czego tam używasz, też da się załatwić. Dawno nie miałem tu kogoś, kto by dla mnie nie pracował albo nie miał do mnie jakiegoś interesu. Wieczorami pilibyśmy wino z mojej winnicy i podziwiali. – Objął ręką dachy okolicznych domów, rozpalające się błękitem czyste niebo, brukowany plac pod nimi i dzwonnicę jednego z niezliczonych kościołów, jakby to wszystko należało do niego.
Igor upił łyk wody, kostki lodu zadzwoniły o szkło.
– Jeszcze nie dzisiaj, może kiedyś, jak już się zestarzeję i nie będę się przejmował tym, czy już postanowiłeś mnie otruć, czy jeszcze nie. – Uśmiechnął się nieznacznie do Lorenza, który zachłysnął się powietrzem.
– Jak możesz! Otruć! Jak tchórz, jak kobieta, jak... jak jakiś człowiek bez honoru!
– Uważaj, bo cię żona usłyszy.
– A tam, niech słyszy. Kobiety nie mają honoru, bo są kobiece zawsze i wszędzie. To my jesteśmy ułomni i musimy zapracować na ten cień wieczności, którym jest honor i dobre imię.
Igor wybuchł śmiechem.
– Nie spodziewałem się, że zabijam dla poety.
– Młody jesteś, jeszcze będziesz miał czas na przemyślenia.
– Tak czy inaczej, ciągle pamiętam o twojej propozycji, ale jeszcze za wcześnie. – Westchnął. – Była kiedyś taka gra komputerowa o zabójcy we Włoszech. Skakało się po dachach, okradało, wbijało noże w plecy.
– Brzmi jak jakaś głupota. – Machnął ręką. – Pogadaj z Fiorentiną, ona lubi takie rzeczy.
Na placu pod nimi wybuchła jakaś kłótnia, podniesione głosy odbiły się od ścian budynków, zatrąbiły samochody. Szybko było jednak po wszystkim.
– Wiesz, co w niej jest największą głupotą? – Igor pogryzł kostkę lodu, trzymając Lorenza w niepewności. – Te wszystkie akrobacje. Florencja rzeczywiście nadawałaby się do biegania po dachach, domy są tu dość stłoczone, ale po co? Fałszywy ruch, skręcona kostka, nadwerężone ścięgno i od razu ryzykujesz złapanie. W mojej pracy trzeba się przede wszystkim oszczędzać, bo nigdy nie wiesz, kiedy będzie potrzeba sił, żeby na przykład zerwać się do biegu.
– To wszystko ciekawe i w ogóle, ale do czego dążysz?
– Wiesz, wielu młodszych ode mnie próbowałoby to robić. I próbowało. Jak myślisz, ilu dożyło mojego wieku?
– Oj bez przesady...
– Jak na zabójcę nie jestem najmłodszy. A to dzięki ostrożności. Kiedy jednak jest się zbyt ostrożnym, łatwo wpaść w paranoję. Za dużo stresu, doświadczeń i z wiekiem łatwo o to. Dlatego muszę się odciąć, bo czuję się starszy niż jestem.
Lorenzo mruknął coś niezrozumiałego.
– Rozumiem cię, a jednocześnie trudno mi pojąć, jak można chcieć być gdzieś indziej niż tutaj – powiedział w końcu.
Igor przyjrzał mu się przez chwilę. Część tarasu okrytą pergolą ocieniały drżące cienie liści bluszczu wspinającego się z paru donic na drewniano-stalowe belki. W jednym z rogów tarasu krzewił się wielki rozmaryn i kiedy lekki wiatr wiał od jego strony, obu mężczyzn spowijał ciężki, upajający zapach. Igor mógł sobie wyobrazić zapalone wieczorem świece, ukryte wśród liści lampki, wino i stół zastawiony jedzeniem, a w tle grające radio lub muzykę puszczaną z bezprzewodowego głośnika, którą w pewnym momencie ktoś każe wielkopańskim gestem wyłączyć, bo znikąd pojawia się gitara, na której gra Fiorentina, ciemnowłosa córka Lorenza, która na pewno złamała niejedno serce.
W tej wizji pewnie niewiele było prawdy, ale Igor chciał wierzyć właśnie w nią. Może dlatego też konsekwentnie nie przyjmował zaproszenia do domu księcia półświatka – nie chciał przekonać się, że życie tu mogło wyglądać inaczej. Potrzebował Florencji widzianej oczami Lorenza – domu, w którym zawsze czekał na niego gościnny pokój ze stojakiem na broń, cokolwiek Mały sobie przez to wyobrażał.
– Uwierz mi, że ja też cię rozumiem. Moje miejsce jest teraz jednak gdzieś indziej.
Lorenzo kiwnął głową i uniósł szklankę soku pomarańczowego.
– W takim razie za dom.
– Za dom. – Igor stuknął się z nim szklanką z topniejącymi kostkami lodu.
Igor przeciągał między palcami delikatny łańcuszek, patrząc w leniwie toczące się, brunatne wody Arno. W tym mieście, w którym wszystko wydaje się wybrukowane i zamknięte w wąskich przejściach, nawet rzeka została zamknięta wysokimi kamiennymi nabrzeżami, ale udało mu się znaleźć pas zieleni, któremu udało się skryć chyba przed zaborczym spojrzeniem urbanistów, architektów i tych chaotycznych miejskich sił, które wykręcają ulice, tworzą ślepe zaułki i podwórka, do których nikt nie ma dostępu. Miał w końcu dużo czasu do odlotu, uznał więc, że uda mu się tu złapać oddech, ale i pozbyć się ozdoby, która wpadła mu w ręce poprzedniej nocy wbrew jego woli.
– Miło, że nie wyjechałeś bez pożegnania.
Ciarki przeszły Igorowi po plecach, kiedy usłyszał za sobą ten głos. Nie miał się za dobrego człowieka – otrzymał mocne katolickie wychowanie, a sumienie nadal mu dogryzało w gorsze dni i wyjątkowo ciemne noce przez to, ilu osobom odebrał życie – ale wiedział, że ten głos będzie prześladował go do końca życia, a być może sama Śmierć przyjdzie po niego pod postacią dziewczyny w białej koszuli z przestrzeloną piersią.
– Chciałem.
– Wiem.
– Nie lubię pozostawiać niedokończonych spraw.
– Rzadko się widzi takie poczucie odpowiedzialności. Zwykle ludzie uciekają od problemów, które sami spowodowali.
Poruszył się, żeby na nią spojrzeć.
– Nie obracaj się.
– Dlaczego?
– A jesteś gotów na mnie spojrzeć?
– Gdybym nie był, tobym się nie obracał.
Zaśmiała się sucho.
– Igor, nie mów takich rzeczy, bo stracę szacunek do ciebie, który dopiero co poczułam. Nie jesteś chyba jednym z tych facetów, którzy nie umieją powiedzieć "nie", a potem żałują, bo myślenie o konsekwencjach jest dla słabych?
Igor poczuł, jakby ktoś pchnął go cienkim ostrzem w pierś. Obrócił się gwałtownie.
– Nie wiem. Gdybym się zastanawiał, jaki jestem, nie mógłbym robić tego, co robię. Muszę być wszystkim i niczym jednocześnie.
Patrzył jej prosto w oczy bez źrenic i tęczówek, białe, nieskażone nawet czerwonymi nitkami naczyń krwionośnych. Kątem oka zauważył czerwoną plamę na jej białej koszuli, którą otaczał chaotyczny rozprysk kropelek i strumyków krwi.
– Daj spokój. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Nie jesteśmy w liceum, a ty nie próbujesz poderwać naiwnej dziewczyny na bycie tajemniczym i skonfliktowanym wewnętrznie.
– A ty wróciłaś z... dokądkolwiek odeszłaś tylko po to, żeby rzucać mi w twarz teoriami, jaki jestem, a jaki nie? Bardzo łatwo ci to przychodzi.
Wydęła usta.
– Za parę godzin mam samolot – mówił dalej. – Może po prostu tu ze mną usiądziesz?
Uniosła brwi.
– Igor, zabiłeś mnie, a teraz chcesz ze mną posiedzieć nad rzeką?
Kiwnął głową.
– Jak rozumiem masz lepsze rzeczy do roboty?
Westchnęła i usiadła na trawie obok Igora na odległość wyciągniętej ręki.
– Jak masz na imię? – spytał.
Wpatrzyła się w przeciwległy brzeg, na którym opalała się na kocu jakaś dziewczyna. Dwuczęściowy kostium podkreślał złocisty odcień skóry; musiała przychodzić tu regularnie. Igor spojrzał na siedzącą obok niego dziewczynę – wpijała się w nią spojrzeniem zmrużonych oczu, z zaciśniętymi zębami.
– Wiesz, że tego nie chciałem, prawda?
Nie odpowiedziała.
Wraz z podmuchem wiatru z góry nurtu dotarł do nich delikatny, wilgotny zapach mokrej ziemi i pogłos rozmowy prowadzonej na przepływającej barce. Niektórzy z pasażerów pomachali w ich stronę, ale żadne z nich nie odpowiedziało. Po chwili jedynym dźwiękiem stało się na powrót ćwierkanie ptaków.
Dziewczyna wydawała się Igorowi o wiele młodsza od niego – być może kończyła liceum lub zaczynała studia. Trudno było jednak ocenić przez bladość skóry, która zdawała się jeszcze bledsza w kontraście z czarnymi włosami przetykanymi siwymi kosmykami. Po śmierci jej rysy zarysowały się jeszcze ostrzej, stała się też szczuplejsza – Igor wciąż pamiętał, że zaskoczyło go, jak lekka się wydawała, kiedy próbował wynieść umierającą z budynku. Nie udało mu się wtedy, bo siepacze Marcoangelo zaczęli szyć do niego seriami, musiał ją porzucić, żeby ratować siebie. Być może to przesądziło o jej losie.
– To już nie ma znaczenia – stwierdziła w końcu.
– Skoro nie, to co tu robisz?
– Jak to?
– Ludzie wracają po śmierci zazwyczaj dlatego, że mają niedokończone sprawy.
– Mówisz jakbyś spotykał takich na co dzień.
– Nie spotykam, ale moje cele często są uwikłane w wiele spraw naraz. Domyślam się, że śmierć z zaskoczenia może być dla nich, hm, bardzo niewygodne, bo nikt tych spraw nie zamknie, chyba że przemocą. Na ich miejscu też nie chciałbym odchodzić gdzieś tam, skoro nie wywiązałem się do końca z zobowiązań za życia.
Spojrzała na niego po raz pierwszy od kiedy usiadła. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.
– A kto jest zazwyczaj twoim celem, skoro maja tyle zobowiązań?
Igor odetchnął głęboko i powiódł wzrokiem za ptakiem, który przeleciał nad rzeką i usiadł na drzewie po drugiej stronie, nad opalającą się dziewczyną.
– Hm? Przecież nikomu nie wygadam. Zabiorę tę tajemnicę do grobu, obiecuję. Spojrzał na nią szybko. Uśmiechała się półgębkiem, co w połączeniu ze spojrzeniem pustych oczu nadawało jej twarzy wyjątkowo upiorny wyraz. Poczuł jednak lekką ulgę, że żartowała, może jednak pozwoli mu odejść.
– Zazwyczaj przyjmuję zlecenia na ludzi, od których dużo zależy. Takich, którzy mają wiele różnych spraw, od których zależy los wielu innych ludzi, których mogliby pociągnąć za sobą na dno. Prezesi firm, politycy, hersztowie gangów, generałowie i tak dalej.
– Kobiet nie tykasz?
– Mówiłem tak dla wygody. Płeć nie ma znaczenia.
– Śmierć wszystkim jednaka. – Spojrzała w przestrzeń.
– Nie wszystkim. Nie mieszam się w osobiste porachunki, w wendety, w emocje. Jeśli dałabyś mi zlecenie na swojego byłego albo byłą bez żadnego konkretnego powodu poza tym, że masz do nich żal, nie przyjąłbym go.
– Czemu?
– Jeśli ktoś pragnie zemsty, musi sam się tym zająć, a nie wyręczać się innymi. Zemsta zawsze pociąga za sobą odwet, bo ludzie nie zapominają krzywd i zawsze chcą sprawiedliwości. Jeśli uwikła się w to ktoś z zewnątrz, cykl zemsty obejmie także jego.
– Chyba nie rozumiem.
– Może to i lepiej.
– Nie traktuj mnie w ten sposób.
– Nie traktuję. W tym przypadku zrozumieć może tylko człowiek, który odbiera życie innym. Im mniej o tym wiesz, tym lepiej dla ciebie, bo nawet wiedza może cię zmienić. Ceną za życie jest życie, dlatego mówiłem ci, że nie zastanawiam się, kim jestem. Muszę być nikim, żeby to, co robię, nie zniszczyło mnie, gdyby zderzyło się z moją osobowością. Trudno wyrobić sobie światopogląd, który usprawiedliwia zabójstwo, który uznaje je za słuszne. Kiedy ktoś zaczyna w to wierzyć, staje się potworem. Dlatego ja jestem nikim, nie zastanawiam się i nie oceniam. Zapłaciłem cenę z siebie za te wszystkie życia, które odebrałem i odbiorę.
– Hm.
– Raz popełniłem ten błąd i przyjąłem zlecenie z powodu innego niż pieniądze. Uznałem, że zabicie kogoś będzie słuszne. Stałem się sędzią. Potem przez wiele lat musiałem ścigać się z ludźmi, którzy chcieli wziąć na mnie odwet. Zginęło o wiele więcej osób, niż powinno. Niżbym chciał.
– Ale udało ci się?
– Nie. Twój ojciec miał być ostatnim ogniwem. Nie wiedziałem jednak, że miał córkę.
– Jak rozumiem, myślisz, że przyszłam po ciebie?
– Ludzie nie stają się upiorami bez powodu.
– Upiór. – Zamilkła, jakby smakowała to słowo. – Jeśli już to upiorzyca.
– Okej.
– Nie wydaje mi się, żebym wróciła po ciebie. A przynajmniej nie czuję jakiegoś szczególnego parcia, żeby coś ci zrobić, mimo że w sumie jesteś teraz na mojej łasce. – Zamilkła na chwilę. – Miałam zostać lekarką, wiesz? Nie wiem, jakiej specjalizacji, chciałam po prostu leczyć. W przyszłym tygodniu miałam wysyłać papiery na uczelnię. Poza tym chciałam gdzieś wyjechać, niespecjalnie daleko, może do Francji, choćby na rok. Pieniądze ojca miały mi pomóc żyć, dać stabilność. Nie pytałam, skąd się brały, po prostu chciałam... chciałam być nią. – Wskazała brodą na opalającą się dziewczynę. – Okazuje się jednak, że te pieniądze przekreśliły moją przyszłość. – Spojrzała na Igora. – Widzę w twoich oczach, gdzie byłeś rano. Obrazy i wspomnienia. Jest tam śmiejąca się brunetka, która odstawia na stojak ukulele. To córka zleceniodawcy? Ładna, beztroska, też taka bywałam. Jej los pewnie też się waży przez jej ojca. Być może też zginie przypadkową, bezsensowną śmiercią, przez brudne życie dupka, który nie przejął się nią na tyle, żeby ją oddalić od ścieku, w którym sam się tapla.
Wstała nagle z zaciśniętymi pięściami. Jej spojrzenie wbite w oczy Igora przepalało go na wskroś, czuł, że naznaczało do końca życia.
– Nie, nie przyszłam po ciebie. Jesteś taki sam jak ja. Pionek w grze ludzi zbyt podłych, żeby mieć władzę. Nie chodzi też chyba o zemstę, bo nie mam w sumie już na kim się mścić. Poza tym nie chcę, żeby wygrali, a stałoby się tak, gdybym stała się narzędziem do wyrównywania rachunków także po śmierci. Mieli moje życie, ale śmierć należy tylko do mnie.
Mimo że zapewniła go, że nic mu z jej strony nie grozi, Igor dopiero teraz się przeraził. Stojąca nad nim upiorzyca zdawała się płonąć, powietrze wokół niej wydawało się naelektryzowane, pełne napięcia. Gdyby w tamtym momencie wyrosły jej płomienne skrzydła, wcale by się nie zdziwił. Ta wiotka, blada, zakrwawiona dziewczyna stawała się na jego oczach twarda i czysta jak górski kryształ.
– Może właśnie po to wróciłam, żeby zatrzymać ten cykl zemsty. Żeby pozwolić ci odejść. Żeby starać się żyć dalej, dopóki nie uznam, że czas odejść. Może moim celem jest istnieć pełnią istnienia. Idź więc, Igorze. Wybaczam ci, ale nie pozwolę ci o sobie zapomnieć.
Błyskawicznym ruchem złapała go za ramię. Igor krzyknął, kiedy poczuł, jak lodowate palce palą mu skórę. Kiedy cofnęła dłoń, zobaczył czerwony ślad po jej dłoni.
– Wracaj, skądkolwiek przybyłeś, i przemyśl tę rozmowę. Możesz sobie wmawiać, że jesteś nikim, że obejmują cię tylko kontrakty, ale śmierć, którą dysponujesz, jest jak kręgi na wodzie, kiedy wrzuci się do niej kamyk. W końcu dosięgnie i ciebie. jeszcze nie jest za późno.
Odwróciła się i szybkim krokiem odeszła w kierunku schodów prowadzących na ulicę. Zniknęła za grupą drzew, ale Igor, mimo że patrzył za nią jeszcze przez dłuższą chwilę, nie widział, żeby weszła na schody.
– Lorenzo przy telefonie.
– To ja.
– Co za ja? To jakiż słaby żart?
– Jestem po prostu ostrożny.
– … Ach, no tak. Nie spodziewałem się telefonu. Co mogę dla ciebie zrobić?
– Czy propozycja jest aktualna?
– Co masz... Zaraz, mówisz o wakacjach u mnie?
– Już nie przesadzajmy z tymi...
– Bambino, mój drogi, oczywiście, przyjeżdżaj, kiedy chcesz!
Igor rzucił jeszcze parę słów, że da znać, jak już odpocznie w domu, po czym się rozłączył i spojrzał na płytę lotniska. Siąpił deszcz, niebo było jasnoszare, wiele z samolotów się z nim zlewało i niemal znikało. Tej wiosny pogoda była bardzo zmienna, ale we Włoszech wszystko zdawało się bardziej skrajne, bardziej... bardziej.
Igor usiadł na jednym z krzesełek przy oknie i wodził bez celu wzrokiem za nielicznymi pasażerami, którzy przechodzili przez halę odpraw. Wszyscy wydawali mu się jednak jacyś nierealni, jakby oglądał ich za szybą. Poruszył się niespokojnie i odniósł wrażenie, jakby ubranie ocierało się o skórę kogoś innego. Nie było mu zbyt wygodnie we własnym ciele, które nagle zaczęło się wydawać nieco zbyt luźne, przesunięte względem... właściwie czego? Duszy? Igor raczej starał się nie szastać tak wielkimi słowami, ale takie oddzielenie się od samego siebie zdarzało mu się pierwszy raz i nie wiedział, co o tym myśleć.
W końcu mu się nie przedstawiła.
Wracał w końcu do Polski, ale miał wrażenie, jakby zostawiał we Florencji coś, co nie należało już do niego i czego nigdy już nie odzyska. Z drugiej strony coraz mocniej uświadamiał sobie jedno – że nie ma dla niego powrotu do miejsca, które kiedyś nazywał domem.
Przecież nic wielkiego się nie stało. Zlecenie jak zlecenie.
Nie przedstawiła mu się, ale znała jego imię.
Z jakiegoś powodu nie dawało mu to spokoju. Nie był przesądny, ale budziło w nim to jakiś głęboki niepokój, tak jakby dziewczyna miała nad nim przewagę. Znała jego imię, więc w pewnym sensie nie mógł już jej tak łatwo uciec. On nie znał z kolei jej imienia, więc mogła pojawiać się i znikać, nie była do niego przywiązana w żaden sposób.
Cholera.
Daj spokój, nie nakręcaj się.
Wstał i poszedł do jednej z sieciowych kawiarni. Mijając ludzi, starał się o nich delikatnie ocierać, żeby poczuć się bardziej na miejscu, ale wrażenie było takie samo jak z ubraniem. Wszyscy zlewali się w jedna osobę, jedną istotę o wielu twarzach.
Ona.
Obrócił się gwałtownie za mijającą go w pośpiechu dziewczyną, ale zobaczył za sobą tylko tłum.
Czy ja tracę zmysły?
Igor nigdy dotąd nie myślał o tym, co robi, w kategoriach grzechu. Byli po prostu na tym świecie ludzie, którzy dawali życie, i tacy, którzy je odbierali. On po prostu należał do tych drugich i nigdy nie robił niczego ponad normę. Dotychczas miał tylko dwie żelazne zasady – nie zabijaj, jeśli nie jest to konieczne, i nie zabijaj, jeśli uważasz to za słuszne. Pierwsza chroniła przed okrucieństwem, druga przed osądzaniem. Wszystkie inne reguły tej pracy były związane z dopasowywaniem się do sytuacji, do zleceniodawcy, do celu.
Poprzedniego dnia złamał jednak pierwszą z nich, a to wpłynęło na drugą, tworząc z niej wariację – trzecią zasadę.
Nie zabijaj, jeśli uważasz to za niesłuszne.
Jak przez grubą zasłonę usłyszał kobiecy głos z głośników ponaglający pasażerów jego lotu.
Tamta dziewczyna, w końcu się nie przedstawiła, przecież nie zrobił tego celowo. A jednak zginęła, niezależnie od jego intencji. Nieważne, czego chciał, o czym myślał – życie zostało odebrane bez powodu, miał na rękach krew, której nie będzie umiał zmyć ani zakryć po prostu uznając, że po prostu odgrywał rolę, którą dostał od życia.
Ponowne ponaglenie.
Ile czasu już stał w miejscu wpatrzony w bilet w dłoni?
W innych okolicznościach słono by zapłacił za wahanie, za brak szybkiej decyzji. Ktoś taki jak on nie mógł sobie pozwolić na luksus niezdecydowania. Zacisnął palce na bilecie, gniotąc papier, po czym wcisnął go do kieszeni spodni i ruszył przed siebie. Hałas, gorące powietrze i ciężki zapach spalin przywitał go z powrotem jak swojego, kiedy wyszedł z budynku lotniska. Taksówkarze i kierowcy Uberów kryli za ciemnymi szkłami okularów wygłodniałe spojrzenia, rozglądając się za klientami. Igor skręcił i ominął ich pewnym krokiem, zastanawiając się nad tym, jak rozpozna dzień, w którym Mały postanowi go otruć. Miał nadzieję, że nie nastąpi to zanim nie poukłada swoich spraw.
To jest surowa wersja tekstu, będzie jeszcze przechodził redakcję i korektę.